Przejdź do treści
Menu

Poezja obozowa

 

Edward Fiszer

BAL MILIONERA

 

Łucjo! Wieczór goreje,

z lip wykipiała żywica!

Okienka twojej facjatki

dyszą w objęciach księżyca.

 

Łucjo! gachy – chrabąszcze

wiszą u twoich warkoczy.

Pijany łazik – nietoperz

rozbija gwiazdy i oczy.

 

Łucjo! czekam za węgłem

i ćmy do serca zamykam.

Słuchaj! Na łące gorącej

żaby rechocą walczyka.

 

Tam rosa pląsa w pokosach

i świętojanek z nią hasa.

A biały tuman ze strugi

majówkę płotem opasał.

 

Noc świetlikami pryska!

Zbiera okruchy gwiazdek!

Łucjo! pluska na trawach

koncert światełek pod miastem.

 

 

Edward Fiszer 

PIEŚŃ O TRAMPIE

Z Roku Olimpijskiego 1944

 

Stójcie sędziowie u mety!

Jeszcze nie wieczór igrzyska!

Serce ufnego herosa

Bije pośpieszne godziny.

Włóczęga, przybysz, wędrowiec

Przez tłum się gęsty przeciska

I wplata w liście laurowe

Gałązkę wiślanej wierzbiny

.

Wystrzał armatni przy starcie

Zdmuchnął cię z bieżni na szlak,

Przybłędo!

                  Tobie gościniec

Gwiazdami wytyczą noce,

A w dzień, czy trafnie wędrujesz,

Przelotny sprawdza cię ptak,

A jeśli rzeźwo oddychasz,

Bocianie brawo klekoce

 

Pod jakie słońce się trudzisz?

Na skrzydłach jakiej kurniawy?

Dobry obrońco proporca o barwach krwi i opłatka!

Czy wszędzie, dokąd przybijesz,

Etapem zasiadasz na ławy,

Czy zawsze chlebem i winem

Przygodna żywi cię matka?

 

Zapadasz w bieżnie pustynne,

Miotasz po rzutniach na ostre,

Od kładki ziemi odbijasz

W skoku huśtany przez fale.

Którąż pod stopą cierpliwą

Odczuwasz obecnie wiorstę,

Olimpijczyku, idący po kołach półkul wytrwale?

 

Żelazne zdrowie masz w łydach,

Bary sprawniejsze od wioseł,

A pierś wezbraną wichrami

Podajesz prosto w cel.

 

Sędziowie! czas wziąć pod miarę!

Na stadion duchem wpadł poseł,

Brązowe ciało powleka

Niepokalana biel

 

Na maszty jadą proporce,

Do marszu trąbią fanfary,

A ty, pielgrzymi zawodnik – oddechom puściłeś wodze.

O, ty nie wstąpisz po wieniec

Na cokół ateńskiej wiary,

Ty czołem bijesz do świątka

W cieniu wierzbiny po drodze.

 

 

Edward Fiszer

ROZKAZ

 

Żołnierze!

Weterani ognia i głodu!

Zostawcie armatnie narzędzie!

Dajcie odpocząć krwi!

Z ziemią, powietrzem, wodą

Rozbijmy namioty ciszy

Nad biwakiem nocy i dni.

Ostatnia czujka podsłucha,

Jak potwór zmęczony dyszy,

Jak radość wybucha.

Wyorać odłamki z pól!

Pozbierać gwoździe z dróg!

Ile żelaza chybiło –

Tylu ocalił Bóg.

Wreszcie policzymy w mogiłach

Grudę rzucaną po grudzie.

Tylu zabili ludzie.

Nie płaczmy! dosyć pochodów

Na cmentarzyska narodów.

Oddaliśmy cesarzom, co było cesarski.

Piechurze!

Niegodne twoich butów są progi wersalskie,

Prosto z marszów podróżnych wstąp na wieczny cokół.

Spocznij w marmurze!

Rozkazuję : pokój!

 

 

Edward Fiszer

KONSTYTUCJA

 

Witaj światło pożarne! Jutrzenko ogniowa!

Łuno krwawa, co plamisz generalskie borty!

Smaży się w zgliszczach miasta konstytucja nowa

Pod pancerną osłoną zachodniej kohorty.

 

Magdeburskim gotykiem zaludnione księgi

Gubernator zaborczy pieczętuje stalą.

Wiwatują ustawie palcami przysięgi

Służalcy, co w ukłonach szyje doskonalą.

 

Lecz tłum zmiotło z ulicy, tłum rewie pamięta,

Chorągwianym wspomnieniem stary rynek drzemie.

Wyjdź tłumie poza miasto, na majowe święta

I oklaskuj zieloną konstytucję – ziemię.

 

Twój paragraf się znaczy kłosem twego zboża,

Co miedze ma dalekie, jak mosty na Odrze!

Choćby dom twój stołeczny w każdej wojnie gorzał,

Czarnoziemnej ustawy żaden czołg nie podrze.

 

Vivant łąki graniczne, vivant lasy dumne!

Wiwat, matko, po polsku, śpiewających dzieci!

Gospodarzu! uformuj zagonów kolumnę,

Nim eskadra myśliwców na rewię przyleci.

 

Bo wiosną z suchej trawy pociski wygrabim

Pod melodię starego, wiejskiego kuranta,

Wyorzemy pługami nierdzewny karabin,

Zakopany we wrześniu przez kapitulanta.

 

Edward Fiszer
KWATERA PRZED WYBUCHEM

 

Nie bój się wojny gosposiu!

Jeszcze się domek nie pali

Gdyby armaty huknęły,

Inaczej byśmy biegali.

 

A tu zaciszne podwórze...

Ogród pęcznieje owocem,

Poranki perlą się rosą,

Różami – zmierzchy i noce.

 

A tu kwatera przyjemna...

Stół i cienisty ganeczek.

  • Nie będzie wojny, jeżeli

Postawisz wina z porzeczek.

 

  • O gdyby tak, jakem skąpa –

Dałabym wina dzban pełny,

Lecz na was dźwięczy żelazo,

Łopaty, lufy i hełmy.

 

I co najmłodsze rekruty,

I oficery najstarsze!

Nic, tylko we dnie i w nocy

Jakieś okopy i marsze.

 

A w gminie piszą i piszą.

A chłopów biorą i biorą,

Żołnierzom miła kwatera,

A mnie na sercu niesporo. –

 

  • Boisz się krwi gospodyni,

Dlatego zwiędły ci usta?

A szkoda, wdowo, szkoda,

Woziłbym cię po odpustach. –

 

I już rozjaśnia się wdowa,

I śmieje się nieprzystojnie...

Wtem stuk o próg! to ordynans!

  • Odprawa! mówią o wojnie!

 

Wieczornym marszem na przełaj

Szliśmy ku ziemnym wądołom.

Nie trzeba świateł, żołnierze!

Łuny goreją wokoło...

 

 

Roman Kwaśniewski

AKTUALNOŚCI OBOZOWE

 

Młody porucznik jest roztargniony,

bo dostał liścik od narzeczonej,

a w tym liściku – godzien litości,

same całusy w dowód miłości.

                              Młodzieniec serce miał snać ze stali,

                        bo powstał gniewny i wyszedł z sali,

                        po drodze coś tam mruczał w swej duszy:

                        „dziś cenię więcej chleb, niż całusy”.

      Pamiętam jaka radość wybuchła,

na wieść, że ma być zwiększona kuchnia.

I żeby każdy do syta jadał –

będą kartofle i marmolada.

                              Byłaby dawno kuchnia gotowa,

                        tylko, że w mieście zdun zachorował.

                        Ale gdy tylko zdun wyzdrowieje,

                        będziemy syci – miejmy nadzieję.

Na święta każdy był podniecony,

bo miał otrzymać paczkę od żony.

Doczekałem się ja, biedny strzelec,

a w paczce miałem nóż i widelec,

przy tym karteczka z takim dopiskiem:

„Byś mógł wygodnie jadać, Antosiu,

masz to na Gwiazdkę od twojej Zosi”.

                        U na w obozie czas mile płynie,

                        jak przy szampanie lub przy dziewczynie.

                        Weźmy na przykład takie apele,

                        gdy o nich wspomnisz, już ci weselej!

      Serca nam rosną, gdy każdy bieży

rano, w południe i po wieczerzy.

Żeby nam było jeszcze przyjemniej –

ja proponuję sześć razy dziennie!

                        „Gdy szukasz szczęścia, to wstąp na chwilę,

                         ja resztę życia tobie umilę”.

                         Tak reklamuje szczęśliwe losy

                         nasza loteria aż pod niebiosy.                          

A kiedy wygrasz, bracie kochany,

to będziesz chodził szczęściem pijany.

Tylko mój drogi, za pieniądz taki

nie  kupisz nawet fajki tabaki.

                         Dziś pierwszorzędną mamy razurę,

                         gdy chcesz się golić lub strzyc fryzurę.

                         Więc ogoliłem się raz na święta

                          i całe życie to zapamiętam.

Jedno wam tylko wspomnę ze zgrozą :

można się golić, lecz pod narkozą.

Bo żeby ludzie z niej korzystali –

Muszą mieć głowy z brązu lub stali.

 

 

Leon Kruczkowski

DO ŻONY

 

Za tym – co dobre, czułe, żeńskie.

Wyciągam ręce – to Ty. Tęsknię...

 

Rdza żre. Czas truje krew. Czas złodziej –

dni – zeschłe liście. Czekam co dzień.

 

Nocą gąszczami snów szeleszczą.

W snach – ręce Twoje pełne pieszczot.

 

Spacery, stopa w piasku grzęźnie.

Ja i mój smutek – dwa więźnie.

 

W mgle oddech Twój. Łzy. Tylko tyle...

Twe imię sfruwa z warg motyla.

 

Wiatr dech zapiera. Październik. Deszcze smaga.

Brudna dziura nad głową – nieprzyjazna flaga.

 

Szaro. Źle. Nicość myśli i – szaleństwo marzeń.

Trzy lata. Trzy -  ze ściany zdarte kalendarze.

 

Ach, iść. Móc iść w obszary! Móc na przełaj w przestrzeń!

Iść pusto, tuląc radość w płaszcz zmoczony deszczem...

 

Gościńcami. Wśród lasów. Po brukach. Przez mosty.

Iść – wdychać zapach świata, namiętny i ostry.

 

Iść. I w dzień jakiś ciężko, jak podróżny w jukach.

Stanąć w milczeniu u drzwi Twych i... zapukać.

 

 

Jerzy Wojciechowski

WARSZAWA

 

Zamilkły działa... Już zgasła pożoga,

obrońcy poszli gdzieś w nieznaną dal...

Ucichły jęki, przeminęła trwoga,

a został jeno płacz i cichy żal,

i w sercach zbolałych nadzieja na Boga...

                  Zamilkły działa... Jesienne liście z drzew

                  spadają na place i bruki ulicy,

                  złoci się w Łazienkach jarzębiny krzew,

                 a z pustych placów i ulic stolicy

                 dochodzi do nas wciąż żałosny zew.

Zamilkły działa... A ich żniwo krwawe

przestało zbierać swój codzienny plon,

lecz pozostały po nim smutne, łzawe

wspominki... Echo pogrzebowy dzwon

niesie i w cmentarz zamienia Warszawę...

                 Zamilkły działa... Rok po roku mija,

                nad miastem znów pojawił się stalowy ptak,

                znowu szum śmigieł hen, pod niebo bije;

               na skrzydłach widać jakiś inny znak,

               to nowe jakieś ptaki – skąd one i czyje?

Zagrzmiały działa znów... Bomb chmura

znów spada na warszawskie domy,

na nowo wstała straszna krwawa mara,

o niebo odbijają się bitewne gromy,

lecz z gromów tych wstępuje w serca nowa wiara.

               Grzmią działa, warczą śmigła, idzie bój,

               Zbolałe miasto nowy opanował lęk,

              Od nowa począł się bitewnych zmagań znój.

              Gdzieś słychać krzyk i szyb stłuczonych brzęk –

              przeżywa znów Warszawa dawny koszmar swój.

Ale niedługo już – wszak walki dobiegają końca,

Jutrzenka blisko, tuż i coraz bliżej wschodu słońca...

 

 

Jan Knothe

ŁAZIENKI

 

Cóż Stasiu? – jakże twoje wytworne Łazienki?

 czy zawsze równie piękne? – czy na kapitale

kolumn akantus równie posłusznie się ściele?

czy nie sczezły w marmurze rzeźb zastygłe wdzięki?

                     Czujesz to, co wiem dobrze : - już nie ma łabędzi

                      płynących wraz z odbiciem pod łukami mostów –

                      leżą, jak białe szmaty, tak sobie – po prostu

                      rzucone, a świat nie wie – będzie, czy nie będzie.

Nie ma już rokokowych szeptów w tchnieniach wiatru,

nie czerwienieją liście jesienią – godzinom

nie ufają zegary słoneczne – i giną

potrzaskane, jak aktorskie kolumny teatru.

                      Ścierwa koni pobitych splugawiły progi

                      greckich świątyń – Łazienki razem z końskim

                                                                                     ścierwem

o królu Stasiu! – mocne musimy mieć nerwy

by dobrze zapamiętać mordowane bogi!...

 

 

Aleksander Bem

NAM NIE WOLNO ZAPOMNIEĆ...

 

Czy wolno nam zapomnieć, czy wolno przebaczyć,

Czy nie przeklną litości ojców przyszłe syny ?

Czy znów ofiarnym kozłem mają być Polacy,

Czy znów męczeństwa tylko mają wziąć wawrzyny ?

 

Czymże jest miłosierdzie i cóż miłość znaczy,

Kiedy stać się nie może poprawy zaczynem ?

Więc nie wolno zapomnieć, nie wolno przebaczyć

Tych krzywd i upokorzeń, które dziś cierpimy.

 

Kto wróci synom ojców, łzy matek zapłaci,

Odbuduje zniszczenia wojennej machiny ?

Więc nie wolno zapomnieć, nie wolno wybaczyć

Tych krzywd i upokorzeń, które dziś cierpimy.

 

Może Bóg Wszechmogący odpuścić im raczy,

Zmaże ich występki, zapomni przewiny,

Nam nie wolno zapomnieć, nie wolno przebaczyć

Tych krzywd i upokorzeń, które dziś cierpimy.

 

 

Aleksander Bem

NIKE ZWYCIĘSKA

 

Nike twarz swoją czarnym osłoniła kirem...

Śmierć taniec rozpoczęła strasznej kośby wirem,

A na spokojne wioski, osiedla i chaty

Jęły padać pociski... Tam huczą armaty,

Ówdzie bomby lotnicze spustoszenie szerzą.

Ludzie z trwogą słuchają... ledwie uszom wierzą.

Z rozpaczą oceniają rozmiary zniszczenia

I wraz przestrach w straszną panikę się zmienia...

O pamiętna jesieni ! – Ile łez wylano,

Ile krwi... Ilu padło... zliczyć nie zdołano,

Gdy wśród aktów przemocy i straszliwej groźby

Chciano w pień wyciąć Naród, co nie wziął obroży

Niewolniczej. Ten Naród, którego nie zgięła

Obca przemoc symbolem, modlitwą, puklerzem

W słusznej sprawie. Gdzie każdy Ojczyzny żołnierzem

Jest w doli i niedoli... wśród kaźni i w boju,

Dla niej żyje i ginie w obronie pokoju...

                      Jak wód spiętrzone fale ongi świat potopem

                     Zalały, niszcząc wszystko – tak oni Europę

                     Zamierzali ogarnąć barbarzyństwa falą,

                     Myśląc o pysze szalonej, że i Boga zwalą,

                     Na jego tronie bóstwo zasię swe posadzą, -

                     Demona własnej pychy, która nimi włada...

Więc kiedy Naród polski wystąpił w obronie

Granicznych ziem zachodnich, które mu skradziono

Przemocą i podstępem, przekupstwem i zdradą,

Zachłysnął się wróg złością i wściekłości jadem.

Wydał walkę bezbronnym, starcom i niewiastom,

Zmienił nazwy ulicom, placom, wioskom, miastom –

I pyszni się, że zaraz zniszczył, gdy uderzył

Naród wielki i mężny, co lat tysiąc przeżył...

                     Lecz nad światem, wśród świętych swych Aniołów straży

                     Bóg – Sędzia sprawiedliwy – zwolna szale waży

                    I gdy nadejdzie pora – wtedy, choć zniszczona

                    Wstanie potężna Polska – rozpręży ramiona

                   I opieką otoczy całe Polan plemię

                   I wytyczy granice – jak daleko ziemie

                  Nasze sięgnęły – gdy je miecz Chrobrego

                  Znaczył w Odrze i Sali... Gdy z rozkazu jego

                  Bito słupy żelazne na granic rozdrożach,

                 Gdy Polska była wielka od morza do morza...

Wtedy Nike odsłoni twarz osnutą kirem

I słoneczny Apollo ujmie w rękę lirę...

 

 

Aleksander Bem

OJCZE NASZ

 

Od świata odgrodziły nas kolczaste druty,

Mrok niewoli zasłonił świat pełen kolorów,

Ciemne noce, chłostane błyskiem reflektorów

Powoli obliczają dni naszej pokuty...

 

Korzymy się przed Tobą Wiekuisty Boże,

Któryś ongi świat wywiódł z odmętów nicości,

Oświeć dni nasze blaskiem Twej miłości,

Jako kwiat opromienia chwasty na ugorze...

 

Do Ciebie w noc bezsenną z serc naszych głębiny

Płyną skargi bezgłośne, bezsłowne pacierze...

Jeśli zechcesz, o Panie – odpuść nasze winy,

Jako... lecz rany nasze zbyt jeszcze są świeże...

 

Do Ciebie wołam z mroku Wszechmogący Panie,

Który gwiazdy zaświecasz, który wołasz gromem,

Niechaj się wola Twoja, jak zawsze stanie

I spełnią się wyroki Twoje niewiadome...

 

A na szalę, gdzie ważą się narodów losy

Rzuć o Panie, występki, lecz także ofiary,

Krew niewinnie przelaną, zadane nam ciosy

I w zwój drutów kolczastych zaklęte koszmary...

 

Nie wódź na pokuszenie i nie poskąp chleba,

Ojcze Nasz, który widzisz ludzkie niepokoje,

- A pochwalone będzie święte Imię Twoje

Na ziemi tej atomie i w bezkresie nieba...

Amen.

 

 

Aleksander Bem

EROTYK

 

Długo w noc, gdy powieki do snu się kleją

Myślę o Tobie, Miła i marzę o Tobie,

A w marzeniach Twe oczy znów do mnie się śmieją

I śnię, że jesteś przy mnie w krasy swej ozdobie.

 

Taka byłaś daleka, gdy ja byłem blisko,

Myślałem, że zapomnę gdy nas los rozdzieli,

A oto właśnie teraz cudne Twe zjawisko

Coraz częściej przed okiem duszy mej się ścieli.

 

Nie wiem czy ścieżka życia, którą Ty wędrujesz

Zbiegnie się z moją drogą w spotkania godzinie,

I nie wiem Najmilsza, czy wtedy odczujesz

Żem o tobie tak marzył – jako marzę ninie..

 

Ale tak, czy inaczej los zrządzi nieznany,

Wdzięczny będę Ci zawsze – i te szczęścia chwile,

Które dał mi postaci Twej widok wiośnianej,

Nigdy nie legną dla mnie w zapomnienia pyle...

 

 

Antoni Paprocki

GWIAZDY

 

Dawniej nie patrzyłem w gwiazdy,

po co komu gwiazdy z nieba

kiedy nieba było w koło

ile trzeba.

              Gwiazdy górą szły ulicy

               rzędem latarń w czarnym szlaku,

               a na szlaku tańczył neon

               o koniaku.

Gwiazdy lśniły w oczach ludzi,

księżyc płótnem świecił w kinie,

byłem Marsem i Jowiszem

przy dziewczynie.

                Upadłem jak meteor

                zabłąkany w noc przepitą,

                przy koktajlu rozmawiałem

                z Afrodytą.

Życie ciekło mleczną drogą,

cóż, że może kiedyś trafem,

Saturn – szef mi targał nerwy

paragrafem.

               W dymie naszych chat dalekich

                w rzędach krzyży na ugorze

                rozwiało się dawne niebo

                o mój boże !

Żyję teraz niepotrzebny

śniegiem sypie rok za rokiem,

mierzę wolność pod drutami

sennym krokiem.

                Sąsiad cieszy się komuną,

                obok liczą nekrologi;

                co też oni wyprawiają

                Boże drogi !?

I tak nuda wkoło chodzi,

tak jałowo młyn się kręci,

że do nieba wznoszę oczy

mimo chęci.

I dlatego ja zbłąkany

zanim sen mój smutek zetrze,

poprzez noc mojego okna

w gwiazdy patrzę.

 

 

Antoni Paprocki

LITANIA DO POLSKIEGO JEZUSA

 

Maleńki Polski Jezusie !

Coś nas odgrodził gromami

od ziemi naszej świętej,

zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

                 Stajenkę Ci bomby spaliły,

                 wicher siano rozrzucił polami,

                 nagi jesteś i cały drżysz z zimna,

                 zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

Drobną rączką błogosław nasze pola,

bo domów nie mamy,

zgliszcza i gruzy na nich.

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

                  Cóż Ci złożymy w ofierze,

                  kiedy niczego nie mamy,

                  biedni, pobici, w niewoli...

                  Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

Przyjm wieńce z drutów kolczastych

i nasze modły ze łzami,

i listy naszych matek...

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

                  I złoto złotych papierków,

                  Które dla Ciebie zbieramy,

                  I nasze obrazki święte...

                  Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

Z purpury czerwonych trójkątów,

bo innej purpury nie mamy

i myśli o biednej Polsce...

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

                  I nasze stare medale,

                  stare, bo nowych nie mamy,

                  i gwiazdki z naramienników...

                  Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

I mapkę Polski rozdartej,

miasta z obcymi nazwami

i Wisłę, jako granicę !!!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami !

 

 

Antoni Paprocki

CHLEB

 

Żałuję paru okruszyn chleba,

które spod noża spadły na ziemię,

a jednocześnie budzi się we mnie

jakieś dalekie wspomnienie.

          I widzę siebie, gdy jako malec

          biegam po domu wesołym echem

          i widzę matkę, która mi daje

         duży kawałek chleba z uśmiechem.

Dobry i jasny chleb lat dziecięcych

był, jako wszystko od Matki dany:

pełen życzliwej, dobrej słodyczy,

pszeniczny, świeży, posmarowany.

         W uszach mi dźwięczą matczyne słowa:

         „Okruchy chleba szanować trzeba,

          Bóg nam się co dzień w Chlebie objawia.

          Może ci kiedyś zabraknie chleba”.

Gdy dzisiaj kraję chleb niewolnika,

czarnego jedną piątą bochenka,

głaszcze mnie cicho i niewidzialnie

pełna współczucia matczyna ręka.

 

 

Antoni Paprocki

IMIENINY

 

W dzień imienin dom się stroił

w uroczyste szaty,

ktoś gorące dawał usta

i pachnące kwiaty.

                  Rozkwitały śmiechem oczy

                  gdyś szeptał dziewczynie,

                  chryzantemy białych piersi

                  drgały w krepdeszynie.

Przychodziły płatki listów

z dalekich podróży,

wspominały białe noce,

hiacenty i róże.

                  A po lianach telefonu

                  szły umowne znaki,

                  karminowe drgały usta

                  jak czerwone maki.

Kwiaty grały pieśń majową

jak w czerwonej bajce,

ślubowali zakochani

niezapominajce.

                  Dziś, choć wita Cię z uśmiechem

                  w zapóźnionym liście,

                  tam u siebie w pustym domu

                  zapłacze perliście.

Lecz niedługo wdzieje wiosna

zielone rabaty,

ktoś gorące usta poda

i pachnące kwiaty !

 

 

Antoni Paprocki

BRYDŻYK

 

Brydżyk lubi czas spokojny,

urlop, zieleń, polityka,

czterech równych starszych panów

i w brydżyka, i w brydżyka !

                       Księgi z drogi, teatr z drogi,

                       świat w karciętach się zamyka,

                       furda praca, precz z angielskim

                       i w brydżyka, i w brydżyka !

Nie ma czasu pan pułkownik,

szał ogarnia porucznika,

po apelu: stolik, czterech

i w brydżyka, i w brydżyka !

                       Tak zajęty pan mecenas,

                        że gimnastyki unika,

                        kończy szybko podział chleba

                        i w brydżyka, i w brydżyka !

Ciężkie Kruppy całą parą

kują lufy pancernika,

samoloty, czołgi kują,

my w brydżyka, i w brydżyka !

                        Ktoś zdobywa w dusznym czołgu

                        piątą linię przeciwnika,

                        niech zdobywa, proszę bardzo,

                        ja w brydżyka, i w brydżyka !

Z tamtej strony także giną,

że jak śnieg brygada znika,

bardzo proszę, pikiem z góry !

I w brydżyka, i w brydżyka !

                       Wyłożyłem karty na stół,

                       Anglik ze mną gra szlemika:

                       jedną oddał, resztę dla nas...

                       I w brydżyka, i w brydżyka !

 

 

Stefan Podebry

BĘDZIE LEPIEJ

 

Choć smutno i tęskno żyć nam tu bez słońca,

gdzie żaden już promyk tak jasno nie świeci,

tak trudno doczekać męki naszej końca,

gdy szary dzień za dniem tak nam w smutku leci...

                          Miejmy silną wiarę z nastaniem dziś wiosny,

                          że troski i smutek spłyną wnet do morza,

                          obudzi się ze snu poranek radosny,

                          gdy już w pełni będzie nasza wiosna hoża...

Przeminą też smutne, twarde życia chwile,

po strasznych cierpieniach zaświeci słońce znów,

znowu wróci wolność i radości tyle,

tylko miej tę wiarę – i „będzie lepiej” – mów ...!

 

 

Józef Bohatkiewicz

DO ŻONY

 

Cichy wieczór, księżyc złoty lśni:

                        Ja i Ty.

Siedzimy cicho, przytuleni, zasłuchani,

              Szczęśliwi, nieznani...

Szczęście wśród nas, nowego czekamy.

              Ono przyjdzie – my je mamy.

  • Ty drżysz? Czemu? – Po policzku płynie łza? –
  •  Łza szczęścia...
  • Synuś będzie śliczny – prawda Ziuteczku?
  • Tak, mój kwiatuszku ! –
  • Oczki jasne będzie miał jak promyczki złote,

                           A w nich tęsknotę,

Serduszko dobre, na niedole czułe...

  • Ach Ty gaduło...

.....................................................................................................................

Cichy wieczór, księżyc złoty lśni...

                 Gdzież teraz Ty? –

Rdzewieją druty kolczaste, myśl stęskniona leci

                  Do Ciebie i dzieci.

Wy i ja – księżyc – stary nasz znajomy –

                   Łączy dwa domy...

Smutno. – Serce w bólu pławi się i łka,

                    Dziś jeszcze Ty i ja...

 

 

Józef Bohatkiewicz

DO KRYSI

 

Dwoje nas było: tatuś, mamusia,

rodzice Twoi dziecinko.

Mieliśmy synka, małego Rysia,

braciszka Twego kruszynko.

 

Dobrze nam było, lecz brakło Ciebie,

drugiego promyczka, słonka,

wysłuchał prośby Bóg dobry w niebie

i przysłał Ciebie, Krysiątko...

 

Jakaż Ty jesteś, córeczko moja,

Stęskniony pytam dziś Ciebie? –

Jakie są oczka i buzia Twoja,

Serduszko jakie kolebie?! –

 

Rączęta Twoje małe, malusie,

Paluszki drobne, różowe...

By Cię zobaczyć, moja córusio,

Oddałbym życia połowę !...

 

 

Henryk Rostworowski

KARNAWAŁ

 

Karnawał szalony rozpoczął się już,

zjechali nam goście zza gór i zza mórz

i biali, i czarni z dalekich aż stref

na tej maskarady stawili się zew.

Przez lądy i morza wędrował ich rój.

Nie fraki lecz khaki – to modny dziś strój.

Z maskami przybyli – maskowy to bal,

bo wielki karnawał – un grand carnaval...

 

Zabawa już w pełni – rytm muzyki, szum

poderwał w wir tańca bezbarwny ten tłum,

hej, naprzód, wesoło ! Nie chcecie? To wstyd.

Pod walc Maginot’a i Siegfriedslied.

Na głowy konfetti posypał się grad,

konfetti z ołowiu – czyś rad czy nie rad.

Z ołowiu – nie szkodzi, to tylko... ot tak,

by było weselej, by lepszy był smak.

Że bal kostiumowy – to ubierz się w stal.

Bo to już karnawał – es ist Karnaval.

 

Już walc odtańczony i mazur już był,

siarczysty i krewki, aż w niebo szedł pył.

A teraz po polce puścili się w pląs

i tańczą i tańczą „une belle contredance”.

W bufecie też tłoczno – koniaki i rum,

Iperyt i whisky popija ten tłum,

Armagnac, ekrazyt, koblery i gin.

Mieszają koktajle – kwas pruski też płyn.

Pij bracie i żygaj i smak dobry chwal,

bo to już karnawał – a great carnival.

 

Narody w zawody puściły się w tan:

Marianna z John Bullem i Berta i Sam,

Bolszewik i Turek, i Murzyn, i Fin

w ten karnawałowy rzucili się młyn.

 

A kto im przewodził? I komu ten krzyk

z tysiąca się piersi wyrywa: „Sieg, Sieg”?

     I kto ten, co tłumom szalonym dał znak,